utworzone przez Bartosz Kempa | cze 10, 2016 | Biura podróży
Jak wskazują badania Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów główną obawą Polaków wyjeżdżających na wakacje z biurami podróży, jest wciąż ryzyko ich upadku. Czy TFG będzie odpowiedzią na tę bolączkę?
Dyrektywa unijna 90/314/EWG
Ubiegłoroczna głośna kwestia niewypłacalności jednego z największych rodzimych biur podróży – Alfa Star – po raz kolejny obnażyła słabość polskiego prawa w zakresie jego zgodności z przepisami unijnymi (w szczególności z art. 7 dyrektywy 90/314/EWG). Te bowiem nakazują m. in. aby, w przypadku swojej niewypłacalności, organizator podróży zagwarantował odpowiednie zabezpieczenie zarówno tym klientom, którym należy zapewnić powrót do kraju, jak i tym, którzy wpłacili pieniądze, a ich wyjazd nie doszedł do skutku.
Jak się okazało, takich zabezpieczeń wciąż nie ma…
2015: Nowelizacja, gwarancje, marszałkowie, audyt i… wnioski
Ciekawostką jest to, że ogłoszenie niewypłacalności jednego z największych biur podróży zbiegło się w czasie z podpisaniem przez prezydenta nowelizacji do ustawy o usługach turystycznych. Według nowego prawa to marszałkowie województw mieli być odpowiedzialni za sprowadzenie do kraju klientów niewypłacalnych biur podróży. A skoro już zostali wskazani palcem, bardzo szybko przyprowadzili audyty, które wykazały, że owszem biura podróży mają gwarancje zgodne z rozporządzeniem do ustawy, ale… w samym tylko województwie mazowieckim aż 98 proc. zostało ocenionych jako niewystarczające do pokrycia zarówno kosztów powrotu turystów do kraju, jak i zwrotu klientom kosztów niezrealizowanego wyjazdu.
Dla przypomnienia, przy okazji upadłości krakowskiego Alfa Star okazało się, że aż 179 klientom należało pomóc wrócić do kraju (a wielu z nich nie miało ochoty wracać przed czasem…), zaś aż 250 osób zapłaciło za urlop, na który w ogóle nie pojechało…
2014 – 2016: Sądy powszechne i ich orzeczenia
…I to oni – niestety – usłyszeli od marszałka, że środki z gwarancji i ubezpieczenia zostały już wykorzystane na sprowadzenie do kraju tych klientów, którzy mieli szczęście wyjechać, a dla nich pieniędzy już nie wystarczy. Czyli bez szans na zwrot jakiejkolwiek części opłaconej ceny niezrealizowanych wakacji. Usłyszeli także – podobnie, jak klienci innych upadłych biur podróży – że mogą ustawić się w kolejce i zgłosić swoje roszczenia w ramach postępowania upadłościowego, którego efekt (czy też w zasadzie, brak efektu) jest z góry wszystkim znany…
Reasumując, w Polsce regularnie dochodzi do niewypłacalności biur podróży, a posiadane przez nie gwarancje okazują się niewystarczające.
Zwrócił na to uwagę Sąd Okręgowy w Warszawie, który rozpatrując sprawę w drugiej instancji, już w listopadzie 2014 r. orzekł w (prawomocnym!) wyroku, że to Skarb Państwa jest zobowiązany do zapłaty klientom biur podróży odszkodowania w wysokości nieotrzymanego zwrotu kwoty zapłaconej za wyjazd, który nie doszedł do skutku, z zabezpieczenia biura podróży (czyli gwarancji ubezpieczeniowej).
W uzasadnieniu sąd wskazał, że Polska wciąż nie wdrożyła rozwiązania gwarantującego minimalny standard ochrony klientów biur podróży, jakie jest wymagane w całej Unii Europejskiej. Dlatego też to państwo powinno być adresatem roszczeń o odszkodowania.
Pozostawionych samym sobie klientom niewypłacalnych biur podróży, którzy nie uzyskali od marszałków (ani ubezpieczycieli) zwrotu środków wpłaconych za wakacje powinno pocieszyć to, że aktualnie już sądy rejonowe (jako sądy pierwszej instancji), zaczęły stosować tę wykładnię i przyznawać niemal automatycznie na ich rzecz odszkodowania od Skarbu Państwa, reprezentowanego najczęściej przez Ministra Sportu i Turystyki.
2016: Turystyczny Fundusz Gwarancyjny (TFG), czyli: „Szybciej, wyżej, mocniej…”
Hasło propagowania sportu oraz myśl przewodnia idei olimpijskiej dość dobrze charakteryzuje głośno zapowiadaną przez Ministra Sportu i Turystyki nowelizację ustawy o usługach turystycznych oraz innych ustaw, w tym powołującej Turystyczny Fundusz Gwarancyjny.
TFG to dodatkowa pula środków powstałych z obowiązkowych składek, odprowadzanych na specjalny rachunek przez organizatorów turystyki od każdej zawartej z klientem umowy na wyjazd. Będzie mógł ją uruchomić marszałek województwa, w przypadku upadłości biura podroży, jeśli obowiązkowa gwarancja okaże się niewystarczająca na pokrycie zarówno kosztów sprowadzenia turystów do kraju, jak i wypłatę środków zapłaconych przez klientów, którzy w skutek upadłości biura, nie zdążyli wyjechać na upragnione wakacje.
Szybciej…
Obecnie na wypłaty z gwarancji klienci upadłego biura muszą czekać kilkanaście miesięcy. Czasami nawet i dłużej…
Tak długi czas oczekiwania wynika z interpretacji rozporządzenia Ministra Sportu i Turystyki w sprawie formularzy umów zabezpieczenia. Najpierw klienci muszą bowiem poczekać na wygaśnięcie tego zabezpieczenia (co może trwać nawet rok). Kolejny (pełny) rok to wynikający z rozporządzenia okres na zgłoszenie wystawcom gwarancji roszczeń klientów. Następnym etapem jest ułożenie listy poszkodowanych i ustalenie kwot podlegających zwrotowi – i znów co najmniej kilka kolejnych miesięcy, o ile współpraca pomiędzy marszałkiem województwa a wystawcą gwarancji układała się poprawnie…
Zgodnie z zapowiadaną nowelizacją, na zwrot kosztów poniesionych na wypoczynek, klienci upadłych biur podróży mają czekać jedynie 30 dni…
Pomysł wspaniały, ale czy realny? Wystawcy gwarancji już teraz sygnalizują, że nie da się rozpocząć wypłat roszczeń klientom, którzy pozostali w kraju już po 30 dniach, chociażby ze względu na to, że w tym czasie marszałkowie nie rozliczą z ubezpieczycielem poniesionych przez siebie kosztów sprowadzenia turystów z zagranicy. A przecież TFG ma być drugim (uzupełniającym) filarem. Pierwszym mają wciąż pozostawać gwarancje ubezpieczeniowe…
Wyżej…
Czy obciążenie biur podróży dodatkową obowiązkową opłatą zwiększy ceny usług turystycznych? Tego na tym etapie nie wiadomo, jednak proponowane zmiany mają nałożyć na organizatorów dodatkowe nowe obowiązki, m. in. ewidencjonowania wszystkich zawieranych umów z wyszczególnieniem imion, nazwisk, adresów klientów, numerów rezerwacji itp. (w sumie kilkanaście pozycji). W razie ogłoszenia niewypłacalności biura podróży lista umów miałaby być dostarczana marszałkowi, co miałoby przyspieszyć ustalenie liczby poszkodowanych. Zmiany przepisów mają wejść w życie w szczycie sezonu turystycznego, nietrudno więc wyobrazić sobie możliwe ich skutki. Konieczność zatrudnienia dodatkowego personelu lub zakupu nowych rozwiązań informatycznych może rodzić pokusę przerzucenia części kosztów biur podróży na ich klientów…
Mocniej…
Niezależnie od wielu niewiadomych oraz podnoszonego przez rynek nadzwyczajnego pośpiechu towarzyszącemu zmianie prawa i związanych z tym możliwych niedoskonałości, wydaje się, że stanowi to zapowiedź faktycznego rozszerzenia i wzmocnienia zabezpieczeń klientów na wypadek upadłości biur podróży…
TFG… oby skutecznie.
Być może stanowi też cichą reakcję na to, że, w ostatnich latach, Skarb Państwa zmuszony był zapłacić dziesiątki (a może i setki) tysięcy złotych klientom niewypłacalnych biur podróży, którym sądy przyznały odszkodowania za niewykonanie przez Polskę założeń unijnej dyrektywy.
Jeśli chcesz czytać więcej podobnych artykułów polub naszą stronę na Facebooku.
utworzone przez Bartosz Kempa | maj 20, 2016 | Biura podróży, Retoryka przeciwnika i inne ciekawostki...
W prowadzonej przez nas sprawie, Sąd Rejonowy orzekł dziś, że Neckermann nie wykonał prawidłowo umowy i będzie musiał zapłacić swoim klientom kilkutysięczne odszkodowanie i zadośćuczynienie za zmarnowany urlop. Wyrok czeka na uprawomocnienie, a tymczasem kilka uwag o tym, jak marketingowe opakowanie biura zderza się z rzeczywistością…
Neckermann – „4 obietnice. Wakacje od serca…”
Kiedy Neckermann, jedno z największych na polskim rynku biur podróży, zmieniał swój logotyp z charakterystycznej od lat kanciastej litery „N” na symbolicznie namalowane żółte serce z przebijającymi się zza niego promieniami słonecznymi, jego rzeczniczka tłumaczyła, że „nowe, nowoczesne logo Neckermann jest znakiem transformacji (…) łączącym identyfikację wizualną bezpośrednio ze strategicznymi wartościami firmy takimi jak zaufanie i troska o klienta”. Także wtedy na stronie internetowej Neckermann pojawiły się hasła takie jak m. in. „4 obietnice. Wakacje od serca” – czyli kardynalne zasady mające przyświecać firmie w prowadzeniu przez nią biznesu – takie jak: 1. Pewność i zaufanie, 2. Jakość, 3. Transparentność, 4. Obsługa.
Na te wartości zwrócili uwagę także nasi podróżni – małżeństwo, które chciało aktywnie wypocząć na słonecznej Malcie. I powierzyło swój urlop Neckermannowi.
„1. Pewność i zaufanie. Państwa urlop rozpoczyna się już w biurze podroży…”
Dotąd wiele podróżowali. Dzisiaj, z uwagi na swój wiek, dużą wagę przywiązują zarówno do komfortu, jak i składanych im obietnic… Dlatego też swój wyjątkowy czas w roku – czas urlopu, powierzyli właśnie Neckermannowi. Przeglądali katalog biura podróży, uważnie czytali informacje zamieszczone na jego witrynie internetowej, skrupulatnie wybierali… Sierpniowe wakacje postanowili spędzić na Malcie, w polecanym czterogwiazdkowym hotelu (&spa).
„2. Jakość. Uważnie wybieramy hotele do naszej oferty…”
Agentka sprzedająca im usługę biura Neckermann zwróciła uwagę na dodatkowe wyróżnienia, jakimi w swoim katalogu firma „obdarowała” polecany hotel (&spa) – istny HIT! (przy czym: „HIT! To gwarancja wysokiego standardu i bezkonkurencyjnych cen” – jak czytamy w katalogu Neckermanna). To nie tylko 4 gwiazdki (w 5-stopniowej skali) ale także 4 „N” – biuro podróży szczyci się bowiem własnym rankingiem hoteli prowadzonym niezależnie od oficjalnej kategoryzacji. Nasi turyści podnieśli poprzeczkę jeszcze wyżej, wykupując ostatecznie (za dodatkową opłatą) pokój z widokiem na morze, którym mieli relaksować się podczas maltańskich poranków i wieczorów, pijąc herbatę na tarasie. Ponieważ wakacje na Malcie chcieli spędzić w sierpniu, zwracali szczególną uwagę na zagwarantowaną im w ofercie klimatyzację oraz minibar. Dodatkowo dla niej ważny był dostęp do Wi-Fi tak, aby w pokoju, przed zaśnięciem, mogła dokończyć poranny przegląd prasy na swoim tablecie…
…i jeszcze wycieczki – te organizowane przez Neckermanna oraz te indywidualne. Para postanowiła naprawdę aktywnie spędzić swój urlop – może przy okazji uda się przywieźć do Polski „kilka kilogramów obywatela mniej” – żartowali po cichu między sobą…
„3. Transparentność. Komunikujemy się w uczciwy sposób…”
On nie byłby sobą, gdyby na własną rękę nie „wygooglał” hotelu w internecie. To co zobaczył uspokoiło go – wyszukiwarka bez trudu odnalazła hotel, co więcej, przypisany do oferty Neckermann, z podanym kodem obiektu stosowanym przez tę (i tylko to biuro), której towarzyszyło dodatkowe zapewnienie: „(…) Malta i luksusowy hotel P&Spa to gwarancja udanego urlopu!”.

Później, z odpowiedzi na złożony przez siebie pozew o odszkodowanie, nasz klient dowie się od Neckermanna, że biuro „nie gwarantowało ani też w żaden sposób nie sugerowało, że hotel będzie luksusowy, czego oczekiwali powodowie…”. Zdaniem touroperatora to wina wyszukiwarki Google i biuro podróży nie ponosi żadnej odpowiedzialności za „aktualność wyników wyszukiwania…”. Tylko co tu przestało być aktualne, kiedy i skąd o tym wiadomo…? Link o tej treści pozostawał aktywny jeszcze w czasie trwania sprawy sądowej i pewnie pozostaje aktywny do dzisiaj…
…czy to faktycznie uczciwe?
„4. Obsługa. Nigdy nie przestajemy słuchać…”
Zaraz po przybyciu podróżnych do hotelu okazało się, że ich pokój nie tylko mocno odstaje od standardu 4 gwiazdek, ale w istocie nie przystoi do żadnego standardu – zużyte, odrapane meble, wybrzuszona podłoga, o która można się potknąć, brud i pleśń w łazience z obtłuczonymi kaflami… I najważniejsze – na zewnątrz szaleje sierpniowy maltański upał, a w pokoju nie działa klimatyzacja, nie ma minibaru i niczego do picia… (a jest noc). Nieprzespana dla obojga… Na recepcji nikogo, kto byłby w stanie przyjąć od nich reklamację.
Nazajutrz zgłaszają swoje uwagi młodemu rezydentowi Neckermanna. Ten informuje ich, że hotel jest pełen i nie może zagwarantować niczego w zamian. Podróżni są zdruzgotani – uświadamiają sobie, że w tym upale topnieją ich szanse na udany wypoczynek. Chcą wracać… Desperacko wykonują telefony do agentki, która sprzedała im wyjazd. Ponieważ mieli z nią kontakt wcześniej, mają do niej zaufanie, wierzą w pozytywne skutki jej interwencji, że coś wymyśli, pomoże…
Kontakt z rezydentem urywa się zaraz po zgłoszeniu mu uwag klientów w protokole.
Agentka telefonicznie nakłania podróżnych do kontynuowania urlopu, zapewnia, że ktoś zajmuje się jej sprawą, że będzie dobrze. Będzie, ale kiedy? Przecież to ich urlop, policzony, po którym muszą wrócić do swoich obowiązków, od których chcieli oderwać się choć na chwilę. Odpocząć…
Temperatura w nocy nie pozwala zasnąć. Dodatkowo te ciągłe dudnienie. Co to? Pokój jest na ostatnim piętrze a na dachu, zaraz nad ich sufitem znajduje się jacuzzi dla hotelowych gości. Byleby tylko wytrzymać do rana, potem szybka kąpiel, śniadanie i wycieczka. Ale rano oboje są nieprzytomni… Może dobroczynna kąpiel? W łazience nie ma wody. Są za to odgłosy kucia za ścianą. Rezygnują z wycieczki… Potem z kolejnej. Zgłaszają swoje uwagi na recepcji.
Może napisać o tym bezpośrednio do Neckermanna? Chociażby maila… Zaraz, zaraz, w pokoju nie ma Wi-Fi…
Widok na morze uspokaja. Niestety, meble na pokojowym balkonie są odrażająco brudne. Podróżni proszą o posprzątanie – mebli nie da się jednak doczyścić. Dodatkowo płatny widok będą zatem podziwiać zza szyby, w pokoju ze zużytymi, odrapanymi meblami. I wciąż z niesprawną klimatyzacją, która w końcu kapituluje i zalewa sufit oraz ubrania w przedpokojowej szafie.
Nasi podróżni dużo fotografują, ale nie są to maltańskie plaże czy zabytki – robią zdjęcia, by udokumentować stan ich pokoju…
Po kilku dniach pojawia się (w końcu) hotelowy menadżer, który potwierdza, że supervisor popełnił błąd zatwierdzając ten pokój do wydania gościom. Dla podróżnych znalazł się pokój w nowym budynku, w którym temperatura nie wykluczała już wypoczynku…
Za to Neckermann przechodzi do ofensywy. Teraz już nie tylko słucha… ale i formułuje zarzuty – „wyciek wody z klimatyzatora w dniu 19.08. był spowodowany niewłaściwym użytkowaniem klimatyzacji przez gości (tj. pozostawieniem na cały czas urządzenia ustawionego na maksymalne chłodzenie)” – przeczytają klienci w odpowiedzi biura na złożoną przez nich reklamację. A przecież klimatyzację mają także u siebie w mieszkaniu i przekonanie, że umieją obsługiwać tak proste urządzenie…
W odpowiedzi na reklamację małżonkowie zostaną także pouczeni przez Neckermanna (poniewczasie), że hotel (&spa) „odpowiada maltańskiej kategorii 4 gwiazdek, a świadczenia w nim oferowane są adekwatne do standardu hotelu. Kategoryzacja hoteli nie jest pojęciem uniwersalnym – pomiędzy poszczególnymi krajami występują różnice w liczbie gwiazdek przyznawanym hotelom za określony standard. Ta sama ilość gwiazdek nie musi oznaczać tego samego standardu…”
Neckermann – „natychmiast reagujemy na informacje zwrotne…”
„Jak zostaliśmy poinformowani, otrzymany przez Państwa w dniu przyjazdu pokój był wolny od wad” – przeczytają w odpowiedzi biura na reklamację. A potem jeszcze z odpowiedzi Neckermanna na ich skargę do Miejskiego Rzecznika Konsumentów dowiedzą się, że: „W opisie oferty wskazujemy, iż jest to przyjemny hotel miejski, natomiast Klienci oczekiwali luksusu i przepychu, czego nie gwarantowaliśmy…”
Oba pisma biura podróży zakończone były informacją, że: „mając na względzie zadowolenie naszych Klientów, za zaistniałe niedogodności, jesteśmy gotowi zwrócić Państwu (…) 244 PLN” (dla dwóch osób?!), co w ich sytuacji, podróżni potraktowali jako „jałmużnę”. Miarka się przebrała i klienci, za naszym pośrednictwem, skierowali sprawę do sądu o odszkodowanie i zadośćuczynienie za zmarnowany urlop…
„Klienci są w sercu naszej działalności. Dbamy, aby czuli to w każdym momencie swojej wakacyjnej podróży…”
Bo gdyby wziąć pod uwagę tę obietnicę i tytuł naszego artykułu, że wakacyjna podróż kończy się w sądzie, wciąż byłoby nienajgorzej. Ale rzeczywistość sądowa znacznie odbiegła od haseł, którymi posługuje się Neckermann.
Przed sądem biuro podróży, wbrew wcześniejszym deklaracjom, w całości zakwestionowało powództwo klientów o zapłatę – pomimo, że nie wypłaciło im nawet kwoty przyznanej w odpowiedziach na reklamacje. Podnosiło także, że: „powodowie byli świadomi wysokich temperatur w sierpniu na Malcie. W tej sytuacji powinni liczyć się z faktem, że jeśli nawet klimatyzacja obniży temperaturę o kilka stopni, to i tak odczuwalna temperatura pozostanie wysoka, czego w tych okolicznościach nie można w żadnym stopniu uznać za wadę.”
Małżonkowie jedynie porządkowo odwołali się tu do słownika języka polskiego (wyd. PWN), przypominając Neckermannowi, że słowo „klimatyzacja” oznacza <<utrzymywanie w pomieszczeniu zamkniętym (…) odpowiedniej temperatury i wilgotności, niezależnie od warunków zewnętrznych>>.
Odnośnie zaprezentowanych dowodów, Neckermann zarzucił także klientom, że „część zdjęć została zrobiona w dużym zbliżeniu, co znacząco wyolbrzymiło drobne i nieistotne niedociągnięcia…” zaś w kontekście braku wody w łazience i toalecie w pokoju podróżnych, przedstawiciele biura komentowali sytuację następująco: „Nie jest zrozumiałe dla pozwanego stwierdzenie powodów, że niemożność zadbania na czas o podstawową codzienną higienę uniemożliwiła im wyjazd na wycieczki…”
Małżonkom opadły ręce – „Nie byłoby tej sprawy, gdyby chociaż raz ktoś z Neckermanna, do którego mieliśmy takie zaufanie, przyszedł do nas i powiedział nam <<przepraszam>>” – tłumaczyli przed sądem.
Nikt podróżnych nie przeprosił. Nikt z Neckermanna nie przyszedł nawet na publikację wyroku w swojej sprawie…
Neckermann – „naszym priorytetem jest Państwa zadowolenie…”
Jak więc w tej sytuacji czyta się kolejną deklarację Neckermann zamieszczoną na jego witrynie internetowej: „Naszym priorytetem jest Państwa zadowolenie, dlatego zapewniamy w pełni komfortowy i bezpieczny wypoczynek. Od początku do końca dokładamy wszelkich starań, by służyć Państwu fachową opieką i poradą od chwili, gdy zdecydują się Państwo na zapoznanie się z ofertą naszego biura aż do czasu, gdy zadowoleni i wypoczęci wrócą Państwo ze swojego urlopu.”?
Albo tę: „<<Słoneczne serce >> będące symbolem Neckermann, odzwierciedla pasję i zaangażowanie, ale jest też zapewnieniem, że klienci mogą nam zaufać, bo dotrzymujemy obietnic.”
Tylko czy istnieje szansa na to, że Neckermann faktycznie weźmie którąś ze swoich licznie składanych obietnic… do serca?
Jeśli chcesz czytać więcej podobnych artykułów polub naszą stronę na Facebooku.
utworzone przez Bartosz Kempa | kwi 29, 2016 | Biura podróży, Retoryka przeciwnika i inne ciekawostki...
Miało być naprawdę pięknie. Andora – słońce i śnieg, niewiele osób na stoku i najwyższej klasy baza narciarska. Ba, w tym wypadku miało być jeszcze piękniej. Kameralny, designerski hotelik, specjały lokalnej kuchni, ski busy wyłącznie do dyspozycji hotelowych gości… W ofercie biura podróży cuda wianki… Poza tym oczywiście narciarski standard – narciarnia, wellnes i spa…
To miała być ich pierwsza podróż do Andory i pierwszy kontakt z polskim biurem podróży Conqueror Travel Club. Chociaż na nartach jeżdżą już od kilkunastu lat, zawsze wybierali trochę bliższe i nieco tańsze kierunki – raz polecieli nawet do Turcji, która okazała się naprawdę bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Narciarsko zjeździli już całe Włochy i spory kawałek Austrii, byli we francuskich trzech dolinach, próbowali swoich sił w Szwajcarii… Można powiedzieć, że mają już jako takie pojęcie o tym, czym są wysokie góry i czego spodziewać się w narciarskich kurortach odwiedzanych z biurami podróży. Tym większym rozczarowaniem okazała się długo wyczekiwana Andora.
Ciemność, ciemność widzę… czyli o tym, dokąd zabierze cię Conqueror Travel Club
Zaczęło się w zasadzie zaraz po wylądowaniu w Barcelonie. Podróżowali z kilkudziesięcioosobową grupą turystów. Czyjś zagubiony bagaż, narty, które poleciały w zupełnie innym kierunku, no i nieśmiertelny klasyk – autokar, w którym zabrakło miejsca na wszystkie torby i walizki… Kilka godzin i wiele nerwów później udało się jakoś załadować wszystko do podstawionego przez biuro podróży dodatkowego busa i ruszyli do Andory. Z Warszawy wylecieli wcześnie rano, na miejsce dotarli dopiero późnym wieczorem. Głodni, więc nie zwrócili szczególnej uwagi na sposób podania kolacji (z podgrzewaczy) i zmęczeni, przez co popełnili dość poważny błąd – spędzili noc w pokoju, w którym w żadnym wypadku nie zamierzali zostawać. Dlaczego nie? Otóż okazało się, że ten „kameralny, designerski hotelik” z folderu (który, o czym warto wspomnieć, okazał się całkiem zwyczajny) stoi u podnóża potężnej góry, przez co z jednej strony jest wysoki na co najmniej 7 pięter, a z drugiej piętro 5 odpowiada poziomem parterowi – z wejściem i recepcją. Ich pokój był oczywiście „z tej drugiej strony”, na piętrze 1 (cztery piętra pod recepcją), czyli praktycznie pod ziemią… Za oknem stała sobie smutna choinka, która niezbyt udanie maskowała widok na betonową ścianę, znajdującą się zaraz za nią. Skutek był taki, że do pokoju nie wpadało światło dnia – nigdy, o żadnej porze. Tak, jak w piwnicy, którą de facto był ten „pokoik”…

Poskarżyli się zaraz następnego poranka, jeszcze przed śniadaniem i rozpakowaniem rzeczy, żeby szybko wymienić nieszczęsny pokój i nie tracąc cennego czasu ruszać na stok. Okazało się jednak, że to niemożliwe. Bo, jak radośnie przekazał im młody opiekun reprezentujący Conqueror Travel Club „hotel nie ma wolnych pokoi”. Przekazał, poradził, żeby poczekali do wieczora, to „może coś się zwolni”, błysnął uśmiechem i zniknął z nartami (bo przecież on też chciał skorzystać z doskonałych warunków). Więc mocno rozczarowani, wrócili szybko do pokoju, przebrali się w półmroku i pojechali w góry. Wieczorem, po kolacji udało im się złapać rezydenta i zapytać, co słychać w ich sprawie. Najpierw nie mógł sobie przypomnieć o co chodzi, chwilę później dziwił się, że nadal chcą zamienić pokój i rozdrażniony przypominał, że „przecież mówił, że się nie da”, a na koniec chyba go wręcz zaszokowali, kiedy spytali, czy szukał dla nich alternatywy w innym hotelu, których w pobliżu było co najmniej kilka. Nie, nie szukał, bo nie wiedział, że należy, no i niby kiedy miał to zrobić, jak przecież był zajęty, bo musiał się opiekować innymi turystami na stoku. Więc koniec końców drugą i jeszcze dwie kolejne noce spędzili w tej ponurej suterenie, a opiekuna w ich sprawie nie zobaczyli już do końca wyjazdu. Jakoś tak się zawsze składało, że kiedy oni schodzili na śniadanie, on już wybiegał z jadalni, a kiedy szli na obiadokolację, był tak pochłonięty „sprawami grupy”, że zwyczajnie nie miał czasu. Czwartego dnia, po ich kilkunastu samodzielnych interwencjach i rozmowach z zarządcą hotelu, nagle, w środku dnia zadzwonił telefon. Okazało się, że zwalnia się pokój typu „interior” i jeśli są nim zainteresowani mają godzinę na przeprowadzkę. Więc ruszyli pędem, najpierw z góry, ze stoku, do ski busa, busem do hotelu, do „swojej” piwnicy po rzeczy i z bagażami, torbami i reklamówkami, w których na szybko upychali drobiazgi, do pokoju typu „interior”. Nie bardzo wiedzieli, co to znaczy, ale założyli, że zgadzają się na wszelką zmianę, byleby tylko mieć dostęp do światła dziennego. Okazało się, że interior to taki pokój techniczny, dużo mniejszy od standardowego (w zasadzie niewiele szerszy i dłuższy od łóżka), wyposażony w pojedynczą szafę i maleńką łazienkę. Nie był przeznaczony dla turystów z nartami, kaskami i mnóstwem narciarskich rzeczy, tylko dla pracowników hotelu, lub ich jednonocnych gości. Mały czy duży, był i tak o niebo lepszy od największego nawet, ale podziemnego apartamentu. I tak trzy kolejne noce, do końca wyjazdu, gnieździli się w tym malutkim pokoiku, pocieszając się, że budzą ich w końcu promienie słońca.
Różnic z folderem ciąg dalszy…
Ten nieszczęsny, podziemny pokój był zaledwie wstępem do serii mniejszych lub większych niedogodności, na jakie trafili. W ofercie, którą ich kuszono były jeszcze sauna i wellness (ale najwyższa temperatura, jaką udało się osiągnąć obsłudze nie przekroczyła 50°C – trudno więc było mówić o zagrzaniu i zrelaksowaniu) oraz narciarnia (czyli nieużywana i nieogrzewana kuchnia, w której goście hotelowi ustawiali narty po prostu pod ścianą, jedne przy drugich, więc następnego dnia zazwyczaj szukali sprzętu wśród walających się po ziemi większych i mniejszych desek). Dodatkowo, ta ostatnia też znajdowała się pod ziemną – cztery piętra pod poziomem, z którego wychodziło się z budynku (przy czym regularna hotelowa narciarnia, która nie została im udostępniona, znajdowała się tuż obok recepcji). Specjalne ski busy miały dowozić ich na stok, a po południu odwozić do hotelu (tylko, że kiedy pierwszego dnia próbowali zapakować się do busika, obsługa wyciągnęła ich narty z kosza informując, że transport owszem jest, przeznaczony dla gości hotelowych, ale tylko tych z hiszpańskim paszportem…). Koniec końców codziennie mieli więc zapewniony dodatkowy spacer w górę i w dół. Dodatkowych wrażeń dostarczały też dwie windy – za małe i, jak się okazało, za słabe, żeby obsłużyć taką ilość gości, objuczonych pobranymi z „narciarni” nartami, ciężkimi butami, plecakami, itp. i chcących (trochę jak górnicy w kopalni) wyjechać na powierzchnię (z poziomu -5). Ona zacięła się co najmniej dwa razy, ubrana „pod korek” (bo już już wychodziła na stok), w towarzystwie ośmiu innych obcych osób (wszystkich z nartami czy deskami), ściśniętych jak śledzie w tej maleńkiej windzie. On w tym czasie czekał na nią zdezorientowany i zły na jej przedłużającą się nieobecność. A już wisienką na torcie był punkt określony przez organizatora jako „ekskluzywna hotelowa restauracja serwująca specjały lokalnej kuchni”. W rzeczywistości była to trochę ładniejsza stołówka serwująca jedzenie z podgrzewaczy. I żadne tam specjały, tylko normalne hotelowe menu.
Po powrocie nie mieli ochoty na kłótnie, czy przepychanki z Conqueror Travel Club, ale czuli, że nie mogą tak po prostu zostawić tej sprawy bez komentarza. On, jak sam przyznaje, bardziej nerwowy, chciał od razu pisać ostro, ona tonowała mówiąc, że „napiszemy jak narciarze do narciarzy”. Neutralnie opisując sytuację, spokojnie wyjaśniając swoje odczucia, wykazując zrozumienie i podkreślając profesjonalizm organizatora. W sumie wysłali chyba ze trzy pisma do Conqueror Travel Club, które sprzedało im pechową wycieczkę. Odpowiedzi, jakie otrzymywali powodowały, że ze zdumienia przecierali oczy. Przedstawiciele i właściciele Conqueror Travel Club nie tylko nie zamierzali wczuć się w sytuację swoich klientów, ale w dodatku zarzucali im mijanie się z prawdą („Państwa pokój nie mógł być w piwnicy bo był na pierwszym piętrze…”).
Sprawa znalazła swój finał w sądzie.
„Pranie mózgu” – czyli popisy pełnomocnika Conqueror Travel Club…
Conqueror Travel Club postanowił zlecić prowadzenie sprawy kancelarii adwokackiej, a ta uzasadnić swoje, odpowiednio wysokie, honorarium. Wczuła się więc „w rolę” i wprowadziła do korespondencji taką retorykę, że jej wymiana nie tylko nie pomogła oczyścić atmosfery, ale dodatkowo sprawiła, że nasi bohaterowie poczuli się jak para naciągaczy. Każdy obiektywny fakt został przez kancelarię przeinaczony, zakwestionowany lub w najlepszym razie zignorowany.
Przed sądem przeszli swoiste „pranie mózgu”. Od kancelarii dowiedzieli się m. in. że: „wykupili wyjazd do hotelu czterogwiazdkowego, a więc nie do hotelu najwyższych standardów”, a także odebrali lekcje optymistycznego patrzenia na swoje troski: „trudno się zgodzić z twierdzeniami, że nie mogli oni z pokoju ujrzeć „kawałka nieba”, jednakże podkreślenia wymaga fakt, że pokój ten nie był z widokiem na góry” (w dalszej części pism nazywany już „mountain view” – chyba po to by nawiązać do angielskiej nazwy biura). Prawnicy touroperatora przekonywali, że „w Hiszpanii narciarnie różnią się od tych w Alpach…”, a brak jakiejkolwiek formy ogrzewania w narciarni, czy chociażby szafek na buty wyjaśniali tym, że „narciarnia to przecież nie suszarnia…”. Bardzo szybko wprowadzili też zamiennik pojęciowy – w miejsce narciarni pojawiła się „przechowalnia sprzętu narciarskiego”. A tej bliżej już było standardem do – przypomnijmy – udostępnionego podróżującym pomieszczenia kuchennego. I dalej – chyba w celu uniknięcia wątpliwości – kancelaria przedstawiła przez sądem wywód, że „jak sama nazwa wskazuje „przechowalnia” to miejsce, w którym przechowuje się coś przez jakiś czas…”. Tylko, czy to faktycznie wystarczające uzasadnienie dla zostawiania nart w kuchni??
Jeżeli też przecieracie oczy ze zdziwienia, dodajmy, że naszym podróżnym wyjaśniono, że umowa nie gwarantowała np. tego, na którym piętrze znajdą się poszczególne pomieszczenia (pokój, narciarnia, hol, restauracja…) i zapewniała saunę, ale już nie temperaturę w saunie. Kancelaria pouczyła także, że „w Hiszpanii są wyższe temperatury i w saunie nie może być tak gorąco jak w saunach hoteli alpejskich…”. Poważnie??
Sąd nie rychliwy, ale…
Spór przed sądem trwał ponad 1,5 roku. Przez ten czas musieli wysłuchać takich i podobnych absurdów. Kancelaria tak zapamiętale prezentowała im swoje „prawdy”, że chyba zapomniała o jeszcze jednym aktorze postępowania – osobie sędziego.
Ten, rozważył zaprezentowane stanowiska i przyznał obojgu naszym bohaterom zadośćuczynienie od z Conqueror Travel Club. W uzasadnieniu wyroku podkreślał, że „bezsprzecznie, spodziewany komfort jakiego powodowie mogli oczekiwać, wyznaczała w pierwszej kolejności liczba gwiazdek w hotelu, w którym mieli być zakwaterowani, zbliżona maksymalnie na tej skali (tj. 4 gwiazdki, w 5-cio, co do zasady, stopniowej skali). Wskazać tu należy także na informacje zawarte w załączniku do umowy i zamieszczone przez pozwaną na swych stronach internetowych, opisujących miejsce przeznaczenia, w których eksponowano właśnie jakość bazy noclegowej, ilość słonecznych dni w roku, a już w opisie samego hotelu, zwrócono uwagę na jego designerski charakter i eleganckie urządzenie pokoi. Tymczasem nie powinno budzić wątpliwości, już w świetle zasad doświadczenia życiowego i ustalonych zwyczajów, że dostęp do światła dziennego nie jest luksusem a normą w zakresie warunków zakwaterowania, nie tylko w 4-ro gwiazdkowym hotelu ale w jakimkolwiek miejscu przeznaczonym dla pobytu osób, w szczególności w celach rekreacyjnych. (…) Należy zaznaczyć, że interpretacja, że pokój tego typu oznacza bez widoku na góry, jest zupełnie dowolna i abstrahuje od treści reklamacji, w której powodowie nie zarzucali braku widoku na góry, a umieszczenie ich w swoistej „studni” pozbawionej dostępu do światła dziennego. W niniejszym postępowaniu powodowie nie upatrywali źródła swojej szkody niemajątkowej w postaci zmarnowanego urlopu, w braku widoku na góry (który stanowi pewien luksus, nierzadko dodatkowo płatny), a w zakwaterowaniu ich w przedstawionych warunkach, bez dostępu do światła dziennego. (…) Mając na uwadze powyższe, uznać należy, że zastrzeżenia powodów co do standardu zakwaterowania są adekwatne i uzasadnione…”.
Można się było spodziewać, że wyrok sądu zakończy sprawę. Tak się jednak nie stało, bo po jego uprawomocnieniu pechowi narciarze nie zobaczyli na swoich kontach żadnych pieniędzy. Okazało się, że biuro nie ma zamiaru dobrowolnie zapłacić zasądzonej kwoty. Toteż ostatecznie po należne im zadośćuczynienie nasi bohaterowie musieli zapukać do siedziby Conqueror Travel Club w towarzystwie komornika…
Niewłaściwe wykonanie umowy przez Conqueror Travel Club
Miejsce zakwaterowania oraz warunki jakie spełnia, należą do istotnych warunków umowy o imprezę turystyczną. Dlatego też w tym przypadku to niewłaściwe wykonanie umowy przez biuro podróży stało się podstawą do przyznania przez Sąd zadośćuczynienia za zmarnowany urlop.
„W niniejszej sprawie wrażenie może robić dowolność interpretacyjna treści umowy w wykonaniu kancelarii adwokackiej, reprezentującej interesy biura podróży. Zatem, aby zwiększyć swoje szanse na udany urlop lub skuteczne postępowanie reklamacyjne, przed podpisaniem umowy z biurem podróży należy ją bardzo dokładnie przeczytać, wyjaśnić wszystko to, czego nie rozumiemy i doprecyzować ogólne stwierdzenia. A także – i to nawet najważniejsze – dokładnie zapisać te ustalenia w umowie. Bo, jak pokazuje smutna praktyka, nawet zobowiązanie biura do zapewnienia sauny, nie oznacza gwarancji odpowiedniej temperatury w saunie, jakkolwiek wydaje się to nam niedorzeczne. Często zdarza się, że sami racjonalizujemy niektóre zapewnienia biura, niejako dopowiadając sobie to, czego nie ma na papierze np. przyjmując, że wejście do hotelu znajduje się na parterze budynku, a nie (jak w tym przypadku) na 5 piętrze. Tym samym pokój klientów, przydzielony na 1 piętrze, w istocie był cztery piętra pod ziemią… W tym przypadku otrzymanie jasnej informacji od biura podróży lub agenta jeszcze przed podpisaniem umowy, mogłoby wzbudzić nasze uzasadnione wątpliwości co do standardu tych pokoi, które znajdują się poniżej i zapewne spowodowałoby odrzucenie takiej oferty, a tym samym (w najprostszy sposób) doprowadziłoby do uniknięcia problemów” – wskazuje Bartosz Kempa, radca prawny z kancelarii prawnej Kempa i Wspólnicy.
Jeśli chcesz czytać więcej podobnych artykułów polub naszą stronę na Facebooku.
utworzone przez Bartosz Kempa | kwi 17, 2016 | Linie lotnicze, Retoryka przeciwnika i inne ciekawostki...
Loty z przesiadkami zaczynają być ryzykowne. Przewoźnik, który odwołał swój lot, ma szanse uniknąć odpowiedzialności za nasze szkody związane z tym, że nie zdążyliśmy na kolejne połączenia, wykupione w innych liniach lotniczych.
Loty z przesiadkami – małymi krokami byleby do celu
Zdarza się, że, planując podróż, musimy korzystać z usług nie jednego, a kilku przewoźników lotniczych. Często nie mamy po prostu wyjścia innego niż loty z przesiadkami – dane połączenie (np. międzykontynentalne) obsługuje wyłącznie konkretne lotnisko, do którego musimy dolecieć (i z którego dopiero możemy wylecieć do celu) – może się też zdarzyć, że interesująca nas trasa jest obsługiwana przez kilka konkurencyjnych linii, ale w kolejny etap podróży zabierze nas już tylko lokalny operator. Wybierając przewoźnika kierujemy się też względami czasowymi – bo np. odpowiada nam godzina przylotu lub wylotu rejsu obsługiwanego przez konkretne linie lotnicze na danym odcinku. Kolejnym kryterium są po prostu względy ekonomiczne – cena całego lotu u jednego przewoźnika może być wyższa, niż loty z przesiadkami wykonywane przez jego tańszych konkurentów na odcinkach, które składają się na naszą docelową trasę. To ostatnie może mieć szczególnie znaczenie wtedy, gdy naszą podróż planujemy z dużym wyprzedzeniem, dzięki czemu mamy szansę na zakup biletów lotniczych po naprawdę atrakcyjnych cenach… Chociaż są to z reguły dość uciążliwe loty z przesiadkami.
LOT „Ty wyznaczasz kierunek”… (tylko czy i kiedy tam dolecisz?)
Na tych przedsiębiorczych, którzy wybierają loty przesiadkami i tych, którzy po prostu muszą korzystać z usług kilku przewoźników, czeka teraz zimny prysznic.
W taki właśnie sposób chciała dolecieć pasażerka z Warszawy do Detroit. W tym celu kupiła bilet Polskich Linii Lotniczych LOT na rejs z Warszawy do Chicago i kolejny, na dalsze połączenie do Detroit u lokalnego przewoźnika. Pech chciał, że polskie linie odwołały swój lot…
Co prawda na trzy tygodnie przed wylotem zawiadomiły o tym pasażerkę i zaproponowały jej podróż następnego dnia, ale docierając do Chicago w ten sposób i tak nie zdążyła na wykupiony o wiele wcześniej rejs do Detroit. Za przebukowanie biletu na kolejny lot musiała dopłacić ponad 2 tys. złotych.
I zwrotu tej kwoty zażądała od PLL LOT a te odmówiły zapłaty, więc strony spotkały się w sądzie. Pasażerka wygrała sprawę przed Sądem Rejonowym, który zgodził się, że przyczyną poniesienia dodatkowych kosztów było odwołanie lotu z Okęcia. LOT od wyroku się odwołał, a sąd drugiej instancji odmówił udzielenia ochrony pasażerce i oddalił jej żądanie.
O tym, co robić, by Wasze odszkodowanie za opóźniony lub odwołany lot nie uległo przedawnieniu przeczytacie tutaj.
Unijny ryczałt i dalsze odszkodowanie – zawsze tylko razem czy czasem także osobno?
Sąd Okręgowy, który rozpoznawał sprawę pasażerki w drugiej instancji, przypomniał, że kwestie odszkodowania należnego pasażerom za odwołanie lotu, reguluje unijne rozporządzenie nr 261/2004. Przyjęto w nim, że w przypadku odmowy wpuszczenia na pokład wbrew naszej woli, opóźnienia lub odwołania lotu przewoźnik lotniczy ma obowiązek wypłaty „zryczałtowanego odszkodowania” w wysokości od 250 do nawet 600 euro, w zależności od długości lotu.
Zgodnie z rozporządzeniem linie lotnicze unikną jednak tej ryczałtowej odpowiedzialności, jeżeli poinformują pasażerów o odwołaniu lotu:
– co najmniej dwa tygodnie przed planowym odlotem (tak, jak w przypadku naszej pasażerki); lub
– w okresie od dwóch tygodni do siedmiu dni przed planowym odlotem, przy czym muszą zaproponować pasażerom taką zmianę planu podróży, która umożliwi im wylot najpóźniej dwie godziny przed planowym wcześniej rejsem i dotarcie do celu podróży najwyżej cztery godziny po planowym czasie przylotu; lub
– w okresie krótszym niż siedem dni przed planowym odlotem, przy czym muszą zaoferować pasażerom taką zmianę planu podróży, która umożliwi im wylot nie później niż godzinę przed planowym wcześniej rejsem i dotarcie do celu podróży najwyżej dwie godziny po planowym czasie przylotu.
Przypomnijmy, że w niniejszej sprawie LOT powiadomił pasażerkę o odwołaniu rejsu trzy tygodnie przed wylotem – z tym jednak faktem pasażerka w ogóle nie zamierzała dyskutować, toteż nie dochodziła ryczałtu. Wskazywała jednak na inny fakt, tj. że pomimo tego zawiadomienia, to odwołanie lotu przez polskiego przewoźnika naraziło ją na dodatkowe koszty, związane z koniecznością zmiany dalszego lotu u innego przewoźnika, których uniknęłaby, gdyby LOT wywiązał się ze swojej umowy.
Dlatego też w sprawie lotu z przesiadkami należało odnieść się jeszcze do drugiej kwestii, tj. art. 12 ust. 1 wspomnianego już rozporządzenia, który stanowi, że samo rozporządzenie nie narusza praw pasażerów do dochodzenia „dalszego odszkodowania” (niezależnie od ryczałtu, o którym mowa wyżej). To sugerowało możliwość oparcia roszczenia pasażerki o ten właśnie przepis (co sąd pierwszej instancji uznał za uzasadnione).
Sąd drugiej instancji przyjął jednak, że przepis art. 12 rozporządzenia należy rozumieć w taki sposób, że prawo do „dalszego odszkodowania” przysługuje nam wyłącznie wtedy, gdy mamy prawo do ryczałtu. I w ten właśnie sposób – wobec faktu powiadomienia pasażerki o odwołaniu rejsu w przepisanym terminie – uzasadnił brak możliwości żądania przez nią poniesionych kosztów związanych z dopłatą do pierwotnej ceny biletu na kolejny lot.
Rozżalona pasażerka złożyła skargę do Sądu Najwyższego, a ten wydając wyrok zwrócił uwagę na kolejny fakt, którym jest rozbieżność możliwości interpretacyjnych normy art. 12 ww. rozporządzenia. Umożliwia ona sądowi krajowemu zasądzenie odszkodowania na warunkach przewidzianych nie tylko w rozporządzeniu (a np. w konwencji montrealskiej lub w prawie krajowym) – a więc niezależnie od unijnego ryczałtu.
Orzekając jednak w tej konkretnej sprawie Sąd Najwyższy dość sprytnie ominął tę kwestię stwierdzając w uzasadnieniu do wyroku z 24 lutego 2016 r., że: „Nawet przyjmując, że powinno się tak odczytać art. 12 rozporządzenia, aby poszerzyć ochronę pasażera i wzmocnić jego zaufanie do przelotów liniami lotniczymi, to i tak należy uznać, że rozstrzygnięcie Sądu drugiej instancji pozostaje w granicach rzetelnego rozsądzenia sporu, naruszenie prawa nie ma charakteru rażącego, a tym samym brak jest przesłanek do uwzględnienia skargi na prawomocne już rozstrzygnięcie sądowe przez stwierdzenie jego niezgodności z prawem. Możliwość taka przysługuje, zgodnie z utrwalonym orzecznictwem Sądu Najwyższego, w razie ewidentnego, rażącego niezastosowania się do przepisów, a nie wtedy, gdy są różne możliwości interpretacyjne i sąd wybiera jedną z nich.”
Zimny prysznic dla pasażerów lotów z przesiadkami
…wynika z tego, że ostatecznie oddalając skargę pasażerki, Sąd Najwyższy orzekł, że: „art. 12 ust. 1 powołanego rozporządzenia nie uprawnia pasażera do dochodzenia odszkodowania, jeżeli poniósł koszty wynikające ze zmiany czasu lotu, a zmiana ta dotyczy kolejnego odcinka podróży, który odbywa się na podstawie odrębnej umowy zawartej z innym przewoźnikiem lotniczym i nie w powiązaniu z umową na tę część podróży, na którą nastąpiło zawiadomienie o odwołaniu pierwszego lotu.”
Uznał przy tym, że szkoda pasażerki nie powstała z przyczyn leżących po stronie PLL LOT, gdyż nie ma normalnego związku przyczynowego między podróżami lotniczymi różnych przewoźników na podstawie odrębnie zawartych umów, a nie jednej umowy na przewóz kolejnymi środkami transportu. Sąd uznał, że w sprawie dostrzec można tylko taki związek przyczynowy, który wyniknął z ułożenia sobie podróży przez pasażerkę w określony sposób, czyli że chciała skorelować ze sobą oba przeloty, ale to się w rzeczywistości jej nie udało.
Czy więc, tylko dlatego, że chcieliśmy dotrzeć do celu nie jednym, a kilkoma połączeniami lotniczymi, obsługiwanymi przez różnych przewoźników, mamy stracić prawo do żądania rekompensaty od linii, które choć przyczyniły się do zburzenia naszego planu podróży i naraziły nas na dodatkowe koszty, odpowiadać będą jedynie za swój lot? A skoro tak, to jaki ma być to związek z art. 12 ust. 1 rozporządzenia unijnego, tzn. którą z interpretacji tego przepisu zastosować..?
Co teraz? Chyba lepiej kupować bilety u jednego przewoźnika…
Doraźnie, z powyższego orzeczenia, wysnuć można wniosek, że szanse pasażerów na odszkodowanie wzrosną, jeżeli – planując trasę lotniczą z przesiadkami – kupią bilety u tego samego przewoźnika (na loty wykonywane przez tego przewoźnika lub w ramach tzw. code –share) na wszystkie odcinki podróży. Ale przecież nie zawsze da się uniknąć lotów z przesiadkami…
Bo każda historia jest inna…
Łatwo sobie wyobrazić, że dysponując takim wyrokiem Sądu Najwyższego linie lotnicze mogą bezkarnie dokonywać zmian w terminach już wykupionych przez nas lotów, byleby tylko informowały pasażerów w przepisanych terminach, wyłączających ich odpowiedzialność odszkodowawczą – także z tytułu naszych wydatków za kolejne loty u innych przewoźników. A przecież to w oparciu o zobowiązania umowne tych właśnie linii lotniczych (w tym gwarantowany kontraktem termin wylotu i przylotu), podejmujemy dalsze decyzje i zobowiązania co do terminów kolejnych lotów składających się na naszą podróż i kupowanych u innych przewoźników. A ich nie wykonanie powoduje u nas szkodę.
…bo co byłoby gdyby pasażerka leciała do Detroit na ważne, drogie i wyczekiwane przez nią badanie lekarskie, umówione w specjalistycznej klinice na jeden – i tylko jeden nieprzesuwalny termin, na który ostatecznie nie zdążyła? Czy wtedy nadal nie można byłoby mówić o normalnym związku przyczynowym pomiędzy odwołaniem lotu na trasie Warszawa – Chicago a nie osiągnięciem celu podróży przez naszą pasażerkę w Detroit? Bo przecież każda historia jest inna i nie da się jej zamknąć w ramach jednego orzeczenia…
Loty z przesiadkami, co dalej?
Przypomnijmy, że art. 1 rozporządzenia nr 261/2004 podkreśla, że uprawnienia przyznane przez to rozporządzenie pasażerom linii lotniczych w razie odmowy przyjęcia na pokład wbrew ich woli, odwołania lub opóźnienia lotu, mają jedynie charakter minimalny. Dodatkowo, nawet w tej sprawie, Sąd Najwyższy potwierdził, że w doktrynie istnieją różnice interpretacyjne samego przepisu art. 12 ww. rozporządzenia.
Oznacza to, że wciąż możemy upatrywać szansy na odmienne rozstrzygnięcia sądów powszechnych, które orzekając w powierzonych im różnych sprawach w oparciu o tę normę, mogą wybrać jej inną interpretację. Na przykład wziąć pod uwagę cel nadrzędny, jakim jest zapewnienie wysokiego poziomu ochrony pasażerów w dziedzinie transportu lotniczego i rozważyć go pod kątem kolejnych, tj. zminimalizowania trudności i niedogodności dla pasażerów wynikających z odwołania lotów oraz rozszerzania ich uprawnień do odszkodowań za całość szkód jakie ponieśli.
A przez pryzmat takiego właśnie podejścia sądów wydaje się, że możliwe jest już dostrzeżenie „normalnego związku przyczynowego między podróżami lotniczymi różnych przewoźników na podstawie odrębnie zawartych umów”, jeżeli nie wykonanie umowy przez jednego z przewoźników wpływa na powstanie szkody pasażera, którą ten ponosi na polu innej umowy z kolejnym przewoźnikiem.
W indywidualnych sprawach dotyczących lotów z przesiadkami sądy mogą zatem orzekać odmiennie, niż przywołana wyżej teza SN. I dlatego warto powierzać im swoje historie.
Jeśli chcesz czytać więcej podobnych artykułów polub naszą stronę na Facebooku.
utworzone przez Bartosz Kempa | mar 31, 2016 | Linie lotnicze
Usterki techniczne to jedno z najbardziej popularnych i najczęściej wykorzystywanych wyjaśnień, jakimi posługują się linie lotnicze odrzucając reklamacje swoich pasażerów, domagających się odszkodowania za opóźniony lub odwołany lot.
Co ciekawe, pierwsze kroki w tym kierunku przewoźnik wykonuje już na lotnisku, wykorzystując naszą dezorientację spowodowaną koniecznością nagłej zmiany planów.
Prawa pasażerów linii lotniczych
Zgodnie z unijnym rozporządzeniem nr 261/2004, jeżeli nasz lot został odwołany, opóźniony lub odmówiono wpuszczenia nas na pokład samolotu, przysługuje nam prawo do odszkodowania oraz prawo do opieki.
W przypadku opóźnienia lub odwołania lotu bądź też odmowy wpuszczenia na pokład wbrew naszej woli przewoźnik ma obowiązek wypłaty odszkodowania w wysokości od 250 do nawet 600 EUR, w zależności od długości lotu.
Linie lotnicze nie są jednak zobowiązane do wypłaty nam rekompensaty, jeżeli mogą dowieść, że odwołanie lub opóźnienie spowodowane jest nadzwyczajnymi okolicznościami, których nie można było uniknąć, pomimo podjęcia wszelkich racjonalnych kroków.
Jako pasażerowie nie jesteśmy nawet świadomi tego, że pierwsze działania zmierzające do ochrony swoich interesów linie lotnicze zaczynają już wtedy, kiedy przez lotniskowe megafony informują nas o opóźnieniu lub odwołaniu rejsu.
Zestresowani i zdezorientowani pasażerowie zajęci koniecznością nowego rozplanowania swojej podróży koncentrują się raczej na informacjach typu czym, gdzie i kiedy wreszcie polecą, zdecydowanie mniejszą wagę przywiązując do odpowiedzi na pytanie „dlaczego tak się stało”…
„Usterki techniczne” uniwersalna odpowiedź na problemy
Obserwujemy dwa generalne trendy w zachowaniu się przewoźników na lotniskach. Pierwszy to „usterki techniczne”. W skrócie polega na zakomunikowaniu oczekującym na lot pasażerom wyolbrzymionej (i nie zawsze prawdziwej) przyczyny opóźnienia lub odwołania lotu takiej jak np. dziura w kadłubie, nieszczelność zbiornika, itp…
A więc z przytupem!
Po co? Bo to działa na wyobraźnię pasażerów, którzy koczując na nie zawsze przyjaznym lotnisku są już i tak dostatecznie poddenerwowani.
Bo kto polemizowałby z „nadzwyczajnością” takiego zdarzenia?
A przecież jest to doskonały pretekst, który wyłączyć ma odpowiedzialność odszkodowawczą przewoźnika.
Efekt? Jest, i to nie jeden.
Bo większość pasażerów nie wniesie roszczenia o odszkodowanie w ogóle, przyjmując, że przecież i tak nie ma szans.
Dodatkowo, linie lotnicze, podstawiając sprawny (inny lub naprawiony) samolot, mogą podbudować swój wizerunek jako profesjonalisty i zyskać wdzięczność swoich klientów – przecież właśnie zapobieżono pewnej katastrofie i to z naszym udziałem…
Kaliber usuwanej awarii może też odwrócić uwagę klientów od domagania się od linii lotniczych realizacji gwarantowanego unijnym rozporządzeniem prawa do opieki – czyli zapewnienia posiłków, napojów, noclegu (bądź noclegów) wraz z transportem pomiędzy lotniskiem a hotelem (jeśli opóźnienie oznacza konieczność spędzenia nocy na lotnisku).
Druga praktyka jest taka, że, informując na lotnisku o opóźnieniu lotu, przewoźnik mówi oględnie o „problemach natury technicznej”, lepiej lub gorzej, ale zazwyczaj wywiązuje się ze swoich obowiązków dotyczących opieki nad pasażerami, po czym oddala wszelkie skargi i reklamacje na opóźniony lot, argumentując w ciemno, że nie miał wpływu na obiektywnie zaistniałe usterki techniczne.
(Nieoczywiste) obowiązki przewoźnika
Nasi klienci jednak całkiem słusznie zwracają uwagę, że przecież do podstawowych obowiązków linii lotniczych należy utrzymanie samolotu w dobrym stanie technicznym i zadbanie o prawidłowe przygotowanie maszyny do lotu – a więc skąd te „usterki techniczne- pytają.”
To, co oni czują intuicyjnie, potwierdza orzecznictwo Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości oraz sądów krajowych, które przyjmują jednolicie, że w przypadku transportu lotniczego cechę „nadzwyczajności” ma tylko takie zdarzenie (w tym również polegające na wystąpieniu problemu technicznego w samolocie), które – i tu, z uwagi na dość skomplikowany język, posłużymy się cytatem z orzeczenia jednego z sądów:
„nie tkwi w istocie normalnego wykonywania działalności danego przewoźnika lotniczego i nie poddaje się jego skutecznej kontroli ze względu na swój charakter lub źródło. Chodzi więc o takie zdarzenia, które nie znajdują się pod kontrolą przewoźnika lotniczego, bez względu na ich charakter i wagę. Na przewoźniku zamierzającym powoływać się na takie okoliczności spoczywa przy tym obowiązek wykazania, że w żadnym razie nie można było ich uniknąć za pomocą dostosowanych do sytuacji środków (odpowiadających warunkom technicznie i ekonomicznie możliwym przez niego do przyjęcia). Nie jest wystarczające wykazanie przez przewoźnika, że przestrzegał minimalnych wymogów w zakresie przeglądów samolotu; musi on dowieść, że nawet przy użyciu wszystkich zasobów ludzkich i materiałowych oraz środków finansowych, jakimi dysponował w sposób oczywisty nie mógł – bez poświęceń niemożliwych do przyjęcia z punktu widzenia możliwości jego przedsiębiorstwa w tym momencie – uniknąć sytuacji, w której zaistniałe nadzwyczajne okoliczności skutkowały odwołaniem bądź opóźnieniem lotu”.
Ochrona pasażerów linii lotniczych
Umieszczając poprzeczkę tak wysoko, orzecznictwo sądów nawiązuje przede wszystkim do motywów unijnego rozporządzenia, sprowadzających się w głównej mierze do podniesienia poziomu ochrony pasażerów lotniczych poprzez naprawienie szkód, jakie ponieśli w ramach transportu lotniczego oraz traktatowej zasady równego traktowania.
Bo w szczególności, przez pryzmat tej ostatniej, sądy dostrzegły – jak się wydaje – rzecz oczywistą, tzn. że zarówno pasażerowie lotów opóźnionych i lotów odwołanych ponieśli szkodę, czyli stracili czas i byli narażeni na dodatkowe wydatki związane z koniecznością oczekiwania na lot.
Opierając nasze doświadczenie na powyższym, mówimy wam, że można i warto walczyć o należne nam odszkodowania. Nawet, jeśli przewoźnik powołuje się na usterki techniczne.
Warto też pamiętać, że jeżeli opóźniony lub odwołany lot stanowił element naszej umowy z biurem podróży, któremu powierzyliśmy zorganizowanie wakacji, wówczas z roszczeniem możemy wystąpić także do tego biura i to nie tylko o odszkodowanie, ale także zadośćuczynienie za nasz zmarnowany urlop.
Zobacz też: Odwołany lub opóźniony lot? Żądaj rekompensaty
Z powodu ściśle wyliczonych dni urlopu wyjeżdżającym zależy na szybkim i komfortowym dotarciu do miejsca wypoczynku. Zdarza się jednak, że lot opóźnia się lub zostaje odwołany. Jaka rekompensata należy się wówczas pasażerom? Co jeżeli przelot jest częścią programu wycieczki zorganizowanej przez biuro podróży? […]
Jeśli chcesz czytać więcej podobnych artykułów polub naszą stronę na Facebooku.